Farmerzy wchodzą do gry. Piłkarskie sieci coraz bliżej Ekstraklasy

Międzynarodowe imperia piłkarskie, które jeszcze dekadę temu funkcjonowały na marginesie europejskiego futbolu, dziś kształtują jego hierarchię. To nie bajka o futbolowym Kopciuszku – to biznesowy plan, w którym klub z niższej ligi staje się przystankiem dla piłkarza zmierzającego do Ligi Mistrzów. A Polska coraz częściej pojawia się na radarze właścicieli szukających nowych ogniw do swoich sieci.

Liga mistrzów pośredników

Przykład Unionu Saint-Gilloise pokazuje, jak pozornie lokalny projekt może stać się elementem globalnej układanki. Klub, który wrócił na szczyt belgijskiej piłki po niemal wieku, należy do inwestorów mających również udziały w Brighton. Kiedy Belgowie trafiają do Ligi Mistrzów, Anglicy mogą spać spokojnie – nawet jeśli sami nie zakwalifikowali się do elitarnych rozgrywek. Podobne relacje łączą Olympiakos z Nottingham Forest czy Racing Strasbourg z Chelsea. To nie przypadek, lecz model: właściciel kupuje kilka klubów, by jednym ruchem optymalizować podatki, łagodzić wymogi Finansowego Fair Play i przyspieszać rozwój talentów.

Belgia – poligon doświadczalny

Belgijskie kluby stały się laboratorium współczesnego futbolu. Aż 60 proc. z nich należało w pewnym momencie do międzynarodowych sieci inwestorskich. To one decydują, kto trafi na boisko, a kto zostanie wypożyczony – często zanim w ogóle zdąży zadebiutować. W RWD Molenbeek Ghańczyk Nuamah został kupiony za rekordowe 25 milionów euro i nigdy nie zagrał ani minuty. Przerzucono go do Lyonu. Belgowie się buntują, kibice walczą o nazwy klubów, ale układ sił pozostaje bezlitosny.

Polska na rozdrożu

Na razie to zjawisko w Polsce dopiero się zaznacza. Cracovia ma właściciela z międzynarodowym portfolio, Tychy były bliskie wejścia do jednej z największych grup inwestorskich w Europie. Ale im wyżej Ekstraklasa wspina się w rankingu UEFA, im krótsza droga do europejskich pieniędzy, tym większe zainteresowanie zagranicznych inwestorów. W pewnym momencie pytanie przestanie brzmieć „czy”, a zacznie „kiedy”. I czy kibice będą gotowi pogodzić się z tym, że ich klub stanie się tylko trybem w większej maszynie?