Jeszcze niedawno nie był pewien, czy w ogóle chce dalej skakać. Dziś znów staje na podium. Jan Habdas wrócił na skocznię po rocznej przerwie i od razu sięgnął po zwycięstwo – ex aequo z Mateuszem Gruszką – w zawodach ORLEN Cup w Szczyrku. W pokonanym polu zostawił m.in. Andrzeja Stękałę i reprezentanta kadry A, Kacpra Juroszka. Dla 22-letniego zawodnika to coś więcej niż tylko udany start – to symboliczny przełom.
„Upadłem dosyć nisko”
Po sezonie 2024/25, który zakończył się serią nieudanych startów, Habdas zniknął z list startowych FIS i – jak sam przyznał – stracił wiarę w kontynuację kariery. W listopadzie zeszłego roku mówił wprost: nie miał siły dalej walczyć, dopóki nie otrzymał pomocy od ojca i nowego sztabu ludzi. Dodał, że nie myśli już o Pucharze Świata, lecz skupia się na małych krokach w Pucharze Kontynentalnym – z pokorą i realizmem. Nie brakuje mu ambicji, ale wie, że droga na szczyt prowadzi przez systematyczność i wewnętrzną równowagę. Z letnich przygotowań nie był zadowolony. Zimą – jak widać – zaczęło się układać inaczej.
Pierwszy krok wykonany
Rok temu nie oddał ani jednego oficjalnego skoku. Teraz wraca w najprostszy możliwy sposób – wygrywając. Habdas przypomniał o swoim talencie, który błyszczał już w 2023 roku, gdy punktował w Pucharze Świata i zajął 11. miejsce w Lahti. Był wtedy medalistą MŚ juniorów i jednym z większych nadziei polskich skoków. Dziś nie ma już presji wielkich oczekiwań – jest tylko chłopak, który chce znowu latać. I jeśli dalej będzie wygrywał, przypomni o sobie nie tylko kibicom, ale i selekcjonerom.