Skoki narciarskie powróciły do Falun po dziesięciu latach, lecz trudno mówić o triumfalnym powrocie. Obraz z początku transmisji Pucharu Świata był smutny – zaledwie garstka kibiców na trybunach i brak reprezentantów gospodarzy. Szwedzi, znani z pasji do biegów narciarskich, potraktowali zawody na skoczni raczej jak obowiązek organizacyjny niż sportowe święto.
Skoki w cieniu biegów
Falun, miasto z bogatą tradycją narciarską, nie gościło skoczków od mistrzostw świata sprzed dekady. Od tamtej pory skocznia stała nieużywana, a lokalne media nieraz sugerowały jej rozbiórkę. Dopiero przyszłoroczne mistrzostwa uratowały obiekt przed zapomnieniem, dlatego tegoroczny Puchar Świata miał pełnić funkcję próby generalnej. Niestety, atmosfera bardziej przypominała trening zamknięty niż sportową rywalizację najwyższej rangi.
Kibice zawiedli, Polacy uratowali klimat
Zawody odbyły się w środku tygodnia, o godzinie, gdy większość Szwedów wciąż pracowała. Efekt był łatwy do przewidzenia – puste sektory i cisza pod skocznią, przerywana jedynie dopingiem biało-czerwonych flag. Polscy kibice, jak zwykle wierni i głośni, nadali wydarzeniu choć odrobinę kolorytu. Bez nich trudno byłoby mówić o jakiejkolwiek atmosferze.
Falun między tradycją a przyszłością
Szwedzi wciąż traktują skoki narciarskie jak ciekawostkę sportową, nie zaś część narodowej tożsamości. Jeśli przyszłoroczne mistrzostwa mają coś zmienić, potrzebne będzie nie tylko zmodernizowanie obiektu, ale i odbudowanie lokalnego zainteresowania tą dyscypliną. Bo nawet najpiękniejsza skocznia niewiele znaczy, gdy nikt nie chce na nią przyjść.