Choć kończy 78 lat, wciąż nie traci ani charakteru, ani werwy. Jan Tomaszewski – legenda polskiej bramki i barwna postać futbolu – w rozmowie z „Super Expressem” otwarcie przyznał, że niedawno jego stan zdrowia był bardzo poważny. Jak twierdzi, wygrał dzięki lekarzom i dziś cieszy się życiową dogrywką.
„Było bardzo źle”. Tomaszewski szczerze o chorobie
W maju ubiegłego roku trafił do szpitala w ciężkim stanie. Powodem był ostry zakrzep pęcherza, który niemal całkowicie odebrał mu siły – nie był w stanie jeść, pić ani funkcjonować. Dziś mówi wprost: przegrał wtedy z samym sobą. I to nie metafora – jak sam przyznaje, forsował organizm ponad miarę, ignorując wiek i sygnały ostrzegawcze. – „Bo ja się zacząłem popisywać przed sobą – ile to ja podniosę, ile przejadę na rowerze. Nie wolno tego robić” – podkreśla Tomaszewski.
W jego stylu nie brakuje barwnych porównań: lekarze doprowadzili do remisu, a teraz trwa dogrywka – bardzo dobra, obiecująca. I choć mówi to z charakterystycznym dla siebie dystansem, w głosie słychać wdzięczność i świadomość, jak poważny był to moment.
Rzuty karne jeszcze przed nim
– „Zobaczycie, że jeszcze obronię życiowe rzuty karne” – deklaruje z uśmiechem brązowy medalista MŚ 1974. Jego wypowiedzi mają w sobie coś więcej niż tylko sportową metaforę. To nie tylko opowieść o zdrowiu, ale też lekcja pokory wobec własnego ciała i czasu. Tomaszewski przyznaje, że dziś żyje wolniej, rozsądniej, z większą uważnością. Nie goni już jak kiedyś – mecze ogląda spokojnie, rozkłada pracę i daje sobie przestrzeń.
Ma świadomość, że PESEL to nie numer startowy. Prosi tylko o jedno: życzcie mu zdrowia, by ta dogrywka trwała jak najdłużej. A rzuty karne? – „To ja wam pokażę, jak się broni” – dodaje z przekonaniem.